Szukaj
  • Miłosz Zaremba

Ayahuasca cz. 2



Pierwsza noc.

Początkowo nie wiedziałem, który rodzaj medycyny zaprosić do swojego ciała. Zupełnie nic o nich nie wiedziałem, nie znałem różnicy między nimi. Jednak nie byłem tam jedyną osobą, która brała udział w ceremonii, a było ich ok. 6. Większość osób obcowała już z Ayahuascą, więc pomogli mi zrozumieć te różnice, jednak nie narzucali mi zupełnie swojego myślenia i odbioru jej działania, ponieważ każdy czuje inaczej. Dlatego też uznajcie moją historię za jedną z wielu możliwości, a nie wyznacznik tego, jak jest na pewno.


Ceremonia rozpoczęła się od medytacji i modlitwy, podczas której zawołaliśmy duchy, z którymi pracowaliśmy oraz oddaliśmy cześć wszechświatu. Następnym elementem było okadzanie palo santo, które miało na celu pozbycie się połączeń energetycznych, które nie należą do nas, oczyszczenie naszej energii, aury oraz ochronę – tak je właśnie interpretuję i czuję. Wyraziliśmy także swoje intencje, z jakimi przyszliśmy na ceremonię, a także prośby/pytania, które skierowaliśmy do ducha Ayahuasci. Oczywiście każdy mógł zachować ją dla siebie.

Moją intencją/prośbą było pokazanie mi, jaką drogę powinienem teraz obrać, jaki kierunek jest zgodny z moim przeznaczeniem, gdzie ulokować swoją energię, aby spełniała cel, w jakim przyszedłem na tę planetę w tym wcieleniu, drogę, która da mi poczucie spełnienia i szczęście.


Teraz nadszedł czas, aby zaprosić medycynę do swojego ciała. Każdemu z nas zostało zadane pytanie, jaki rodzaj dzisiaj przyjmiemy. Zdecydowałem się na „dżunglę”, która określona została jako „ojciec”. Dostajesz to, co jest dla Ciebie przeznaczone i nie staraj się z tym spierać. Oddaj się temu w pełni, bo w przeciwnym razie „wrzuci” Cię do tych doświadczeń z dwukrotną siłą. Nie próbuj racjonalizować sobie tego, czego doświadczasz, ponieważ nie ma to większego sensu i ponownie zostaniesz ciśnięty w świat, którego właśnie doświadczasz. Ojciec okazał się dla mnie wiedzą o wszechświecie i pokazał mi, że nic nie jest takie, jakim się wydaje.


Pierwsza dawka.

Podczas ceremonii, która trwa ok. 6 godzin (jednak postrzeganiu czasu jest bardzo indywidualne) można przyjąć 3 dawki wywaru – lub mniej. Okienka są 2 i odsłania się je co 2 godziny. Wypiłem pierwszą dawkę, która smakowała i pachniała jak susz śliwkowy. Nie było to najsmaczniejsze (nie przepadam za tym smakiem), jednak było bardzo do przeżycia. Zanurzyłem się w medytacji i ponownie zaprosiłem Ayahuascę do swojego ciała – czekam. Minęło pierwsze pół godziny i już dało się odczuć w atmosferze, że Ayahuasca zaczyna działać – pierwsze salwy wymiotów uderzyły o dno wiaderek uczestników.


Tak, to prawda, że podczas ceremonii każdy uczestnik ma swoją wygodną leżankę, poduchy, kocyk, butelkę wody, rolkę papieru i kubełek na wymioty, chusteczki, itd. Wymioty nie są niczym zaskakującym, wręcz przeciwnie – są czymś wskazanym. Oczywiście to też jest indywidualna kwestia. Jednak wymioty są czymś więcej niż tylko zawartością żołądka, który nota bene jest pusty, ewentualnie wypełniony odrobiną płynów. To, co wychodzi wtedy z człowieka jest zarówno toksynami, płynami, żółcią, jak i emocjami, programami dualistycznego świata, naszymi lękami, itd.


Minęła godzina, a ja dalej siedzę oparty o materac i czekam. Czekam, czekam, czekam i nic. Pomyślałem wtedy, że może to coś ze mną jest nie tak? Może mój organizm średnio to przyjmuję? Nie wiedziałem, o co chodzi, jednak siłą rzeczy zacząłem się nieco niecierpliwić oraz przejmować tą sytuacją. W pewnym momencie zaczęły mnie nachodzić obrazy, które z reguły wywołują u mnie niepokój. Pomyślałem, że Ayahuasca bada mój strach i tolerancję na takie historie. Pająki? Nie. Ciemność? Nie. Duchy? Nie. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, wziąłem to na klatę.


Minęło półtorej godziny, a ja dalej siedzę i nic. Powiedziałem do siebie cichutko w duchu – dobra tam, nie będę tak siedzieć, położę się i najwyżej zdrzemnę chwilę! Jak pomyślałem, tak zrobiłem i po chwili moja głowa spoczęła na poduszce. Nie trwało to jednak długo, ponieważ nadeszła pora na okienko.


Zostałem zapytany z przeogromnym i szczerym uśmiechem na twarzy przez cud kobietę, jak mi jest. Powiedziałem krótko, że nic się nie wydarzyło. Lekkie zdziwienie, ale tak najwyraźniej miało być. Czas na „dolewkę”.


Pierwsze okienko – druga dawka.

Usiadłem na swoim miejscu i ponownie zanurzyłem się w medytacji. Tym razem nie czekałem długo, żeby odczuć jej działanie – zaczęło mnie intensywnie ściskać w żołądku. Wziąłem swój kubełek i ustawiłem go między nogami – idealnie, żeby się nad nim nachylić. Mdliło mnie i mdliło, a ja nie chciałem się dać i wytrzymać, jak długo będę w stanie – naturalny mechanizm obronny przed rzyganiem. Naprzeciw mojego miejsca były drzwi do łazienki, nieco przeszklone, a w niej kilka świec, które dawały kolory czerwieni, oranżu i żółci. Właśnie je obrałem jako stabilny punkt rzeczywistości, który zmniejszał siłę mdłości. W jednej chwili ten punkt się zachwiał, a drzwi cofnęły się w bezkres, stworzyły niekończący się korytarz do łazienki. Szybko spuściłem głowę w dół i puściłem pierwszą salwę wymiotów.


Spojrzałem do kubełka, który czystko fizycznie był jedynie kubełkiem wypełnionym odrobiną płynów i papieru toaletowego. Jednak ja zobaczyłem tam bezkres, który ciągnął się aż do jądra ziemi. Białe elementy papieru stworzyły obraz czaszki, a wszystko to, co ze mnie wychodziło, było czarne jak smoła. Rzygałem swoimi lękami, rzygałem strachem, łzami i emocjami, bólem i smutkiem. Cisnąłem tam wszystkie uczucia, jakich chciałem się pozbyć, a do tej pory nie byłem w stanie. Odstawiłem kubełek i wtedy zaczęła się „jazda”.

Raz po raz otwierałem i zamykałem oczy na dłuższe chwile, aby zobaczyć świat. Ten, który widziałem pod powiekami był prawdziwszy niż ten, na który zerkałem fizycznie oczami.


Tysiące twarzy, setki miraży przelatywało przez moje receptory. Fraktale, witraże, spirale – jakbyście patrzyli na te obrazki w internecie, które stoją w miejscu, a jednak się kręcą. Pełna geometria fruwała przed moimi zamkniętymi oczami. Byłem tu i wszędzie indziej. Byłem w kosmosie, gwiazdach, atomach, molekułach, kwarkach, Pytałem siebie, co to jest, czym to jest, czemu to widzę, ale ilekroć zadawałem to pytanie, dostawałem mocniejszego kopniaka od ojca – określam to jako „z czwóry na klatę”.


Otworzyłem oczy i nie widziałem siebie, nie widziałem innych, nie pod postaciami, pod jakimi ich poznałem kilka godzin temu. Nie było skupionej materii, a wszyscy byliśmy ogniskami różnorodnej, kolorowej energii. Byliśmy jak kosmos, droga mleczna, jak wybuch supernowy. Byliśmy jednym. Wszystko działo się wszędzie, a zarazem „nigdzie”, w bliżej nieokreślonym miejscu. Nie miałem rąk, nie widziałem nóg, to była skupiona energia, która gdzieś, mniej więcej oddaję kształt ciała, jaki widzimy tutaj. Śmiałem się i cały świat śmiał się razem ze mną. Myślałem i cały świat był w zadumie. Byłem pod wrażeniem i opadła mi szczęka – całemu światu również! Cały świat wraz ze mną powiedział „łooooooooo”. Do tej pory nie wiem, czy tylko ja się śmiałem, czy wszyscy, którzy byli w tym pokoju.


Okazało się, że nie jestem w stanie patrzeć oczami, słuchać uchem, czuć skórą czy nosem. Wszystkie receptory, jakimi poznawałem świat do tej pory, były zmaterializowanym dodatkiem do poznawania 3 wymiaru i nie sprawdziły się tutaj. Doświadczałem tego innym zmysłem, może tym szóstym, a on łączył w sobie wszystkie te, które do tej pory poznałem oraz miał coś więcej, dużo więcej.


Po lewej stronie salonu było ciemno, tam latały duchy, latały… sam nie wiem, jak to określić. Żartobliwie mówię, że tam dziady były odprawiane. Cały konwój szedł z piętra, schodził ze schodów, które były po lewej stronie od łazienki. On schodził, ale nie na nogach, nie, nie. Fruwał, lewitował, po prostu był i się przemieszczał. Tam były śpiewy i tańce. Pod sufitem wisiał japoński ogród pełen drewnianych dzwoneczków i świeczników, ptaków, piór, łapaczy snów. Wszystko fruwało i tańczyło w powietrzu. Śmiałem się, a ze mną cały świat – albo ja z nim.


W swoich nogach miałem koc i gdzieś była też butelka wody. Zlokalizowałem ją, jednak ona okazała się być pieskiem, który spał na piętrze. Pogłaskałem go, on poszedł, a potem napiłem się wody. Koc, który był zwinięty w moich nogach, nagle przestał nim być. Był skałą, taką mięciutką skałą, w której po chwili zobaczyłem twarz, a ona starała się do mnie coś powiedzieć. Uśmiechała się do mnie i mówiła, jak bardzo się cieszy – ale nie wypowiadała żadnych słów. Spojrzałem w lewo, gdzie leżała kobieta, która przeżywała bardzo trudne chwile. Zobaczyłem, jak na jej nogach leży duch Ayahuasci – wyglądała tak, jakby drzewo wypuściło korzenie, które przypominają kobietę. Leżała tam i ją wspierała. Uśmiechnąłem się do niej, a po chwili przyszła szamanka – miała kolorową suknię z bardzo delikatnego materiału. Musnęła mnie nim jakby po ramieniu, a ja rozpłynąłem się w tej delikatności i miłości. Nawet mięciutki kotek nie był tak miękki jak ta chwila.


Patrzyłem na pokój, a on stracił barwy. Wszystko było w kolorach czerni i bieli. Potem pojawiały się punktowo pryzmaty, który dawały smugi barw czerwieni. Chwilę później cała materia stała się pikselowa, a one złączyły się w kostki niczym z Minecrafta. I w całej tej przedziwnej, jakby nowej, ale skądś znanej atmosferze, Ayahuasca zaczęła do mnie śpiewać. https://www.youtube.com/watch?v=NlRl3K7TsEs – właśnie to.

Śpiewała do mnie – dokąd idziesz Miłoszu? Dokąd idę ja? Miłoszu… czekaj, czekaj, czekaj. Dokąd idziesz Miłoszu? Dokąd idziesz? Dokąd idę ja? Ciarki przechodzą mnie za każdym razem, kiedy to słyszę. Nie pamiętam już, co jeszcze mi śpiewała, co przekazała, ale wiem, że pokazała mi drogę.


Zabawnym elementem tej sytuacji jest fakt, że chciało mi się siku i potrzebowałem iść do łazienki, haha. A Aya śpiewa mi, żebym poczekał, poczekał, poczekał, haha. W końcu odezwałem się do niej i odpowiedziałem – „Idę do łazienki, łere tam!” – i znowu śmialiśmy się ze wszechświatem.


Podniosłem się z materaca i dosłownie wybiło mnie w kosmos! Czułem, jakbym nie ważył prawie nic, jakbym unosił się nad ziemią. I tak pochodziłem chwilę obserwując „niebo”, bawiąc się piórkami i uśmiechając się szeroko do nich. Krokiem kopytkującej antylopy poleciałem do łazienki i zrobiłem swoje. Wróciłem na swoje miejsce i widziałem, że przygoda dobiega końca.


Zobaczyłem Ayahuascę, która była jakby kobietą w długiej sukni – mówię „jakby”, bo ona zarówno miała formę, jak i jej nie miała. Kolorem była błękitna, czysta. Machnęła swoją ręka i zagarnęła wszystko to, co widziałem do tej pory. Hollywoodzkim krokiem odwróciła się na pięcie uśmiechając jeszcze jeden raz i zniknęła.


Położyłem się ponownie na materacu i trawiłem to, co się właśnie wydarzyło. Śmiałem się do siebie i płakałem z radości, oczy jak pięć złotych, a szczęka w dole. Po chwili usłyszałem ponowne zaproszenie na okienko. Nie zastanawiałem się nawet, czy wypić kolejny kielich – podekscytowany usiadłem i czekałem na swoją kolej. Każda dawka smakowała jak ten susz, jednak po tych wymiotach nie przechodziła tak łatwo przez gardło.


Drugie okienko – trzecia dawka.

Tym razem wymioty przyszły szybciej i nie mogłem się już im opierać. Po pierwszej salwie poczułem, że potrzebuję się położyć i w takiej pozycji będę chłonąć to, co przyniesie. Jednak nie zobaczyłem już tego, co było przed chwilą. Pożegnała się już ze mną na ten dzień i już mnie nie odwiedziła w taki sposób. Poczułem wtedy coś innego – miłość i obecność mojego partnera. Pomyślałem sobie, że tak bardzo bym chciał, żeby był tutaj ze mną, żebym złapał go za rękę, objął, przytulił do piersi i dzielił energią, która tam panowała, a finalnie zasnąć, tak po prostu. W pewnym momencie poczułem nawet taki smutek, że nie ma go przy mnie, ponieważ czułem taką potrzebę obcowania z męską, romantyczną energią, którą w sobie nosi.


I tyle, zasnąłem.


Przodującą konkluzją było „nic nie jest takie, jakim się wydaje”, a odpowiedzi na zadawane pytania wcale nie są wypowiadane wprost. Wiedziałem też, że warto być otwartym na to, co Ayahuasca daje, bo nie zawsze to, czego chcemy, jest tym, czego potrzebujemy.

Nie do końca rozumiałem, czemu miały służyć te trzy lekcje – a szczególnie pierwsza i trzecia dawka – jednak drugiej nocy przekonałem się, co chciała mi powiedzieć… O tym w części trzeciej.

54 wyświetlenia

milodzielo@gmail.com / +48 728 484 012 / Warszawa, Stara Miłosna