Szukaj
  • Miłosz Zaremba

Ayahuasca cz. 3



Do drugiej nocy Ayahuasci podszedłem już po pierwszej aplikacji Kambo. To zapowiadało mocniejsze oczyszczenie organizmu i większą „jazdę”. Tym razem zdecydowałem się wypić Słowiankę. Przy niej różnica jest taka, że najpierw pije się inhibitor, a dopiero po pół godziny wywar z DMT. I po tym wywarze możesz czekać zaledwie 10 minut na odcięcie.


Pomyślałem, że Słowianka będzie babcią, z którą długo się rozmawia przy herbacie. Chciałem wyjaśnić z nią pewne kwestie i spytać o sens istnienia. A ta przeniosła mnie głębiej, w czeluść strachu i odmęty własnego piekła. Była to podróż wewnątrz siebie.


Pierwsza dawka – inhibitor.

Po stałych obrzędach zaczęła się część z wyborem medycyny. Poprosiłem o Słowiankę i jako pierwszy wypiłem inhibitor. Smakowało to tak paskudnie, że na samą myśl ściska mnie w żołądku. Jakbyście przepalili herbatę minutkę ze 3 razy, wysypali z niej fusy, a potem dodali przepalone fusy kawy Pedro’s – DRAMAT. Płukałem usta kilka razy, ale to zupełnie nic nie dawało. Przy 7 płukaniu czułem, że ściska mnie w żołądku. Bałem się, że nie wytrzymam i puszczę pawia wcześniej, za wcześnie. Nachodziły mnie jakieś głupie myśli, że jestem tam sam, że jestem obcy, że boję się ich szydzenia ze mnie, że zostanę wyśmiany, będą o mnie mówić. Myśli te były tak potężne, że z ledwością udawało mi się przyćmiewać je resztkami nadziei, że to przecież normalne, nikt nie będzie miał mi niczego za złe, będziemy się wspierać, itd. Walczyłem cały czas z żołądkiem i udało mi się doczekać do drugiej dawki medycyny – DMT.


Dopełnienie – DMT.

Roztwór ten nie smakował zasadniczo wcale, jednak mogła to być zasługa natychmiastowego znieczulenia całej jamy ustnej. Dosłownie wszystko, czego dotknął płyn, ścierpło w ułamku sekundy – nie dało się tego przepić. Profilaktycznie przepłukałem buzię i usiadłem z wiaderkiem między kolanami, opierając się o materac.


Do mojej głowy zaczęły napływać przedziwne obrazy. Grota kryształowa, stalaktyty, wioska, miasto, natura, płomienie, pożar, śmierć, mord, plądrowanie, gwałty, czerń, krew, błyski, gwiazdy… To wszystko pędziło do mnie jak oszalałe. Załóżmy, że na ogół w jednej sekundzie tworzę 5 obrazów w głowie, tak w tamtym momencie była ich dobra setka. Postanowiłem, że w pełni oddam się tym wizjom i nie będę analizować ich pochodzenia, niech płyną. Ostatnią z nich był demon. Ogromny olbrzym, który swoim uściskiem objąłbym całą Warszawę albo nawet i więcej terenu. Miał czarny płaszcz i rogi – tyle z pewnością. Nie biła od niego nienawiść, złość, krzyk i temu podobne bajki. Od niego bił rys totalnego psychopaty, który nie ma ani grama refleksji nad tym, co robi, z jaką intencją i z czystą przyjemnością, zabawą, brakiem świadomości sieje siebie samego.


Poczułem jeszcze większy lęk, był wręcz dławiący. Tylko tym razem nie obawiałem się tego, że ktoś z obecnych w salonie zwróci na mnie uwagę, że się zarzygam czy nawet – za przeproszeniem –  zesram pod siebie, było mi to zupełnie obojętne. Bałem się, ponieważ wiedziałem, że nie ma odwrotu. Nawet, jeśli chciałbym się zrzygać tym, co wypiłem, zupełnie nic by to nie dało. Czułem się, jakbym dosłownie skoczył z urwiska do oceanu i w locie zdał sobie sprawę, że nie mam skrzydeł, nikt mnie nie uratuje, nie wyłowi. Cisnąłem się dobrowolnie w bezkres, z którego mogłem wyjść tylko ja. Czułem się sam, tak potwornie sam, ale sam nie byłem. Powoli zacząłem świrować i być nieco nadpobudliwym myślą, prowadziłem dialogi wewnętrzne, w których zarówno się uspokajałem, jak i darłem w tym samym kierunku. Zdałem sobie sprawę, że w mojej głowie jest znacznie więcej osób, niż mogłoby się wydawać.


Kubełek nie musiał długo czekać na powitanie z moją twarzą – zaczęły się wymioty. Tym razem nie było – siup – i po sprawie. Zaprzyjaźniliśmy się z wiaderkiem na dobre półtorej godziny… Próbowałem siedzieć, leżeć, kucać, klęczeć, ale to nic nie dawało. Systematycznie zginało mnie co pół minuty, a ja próbowałem wydusić z siebie to, co siedzi „tam na dnie”. Nawet żółć przestała ze mnie lecieć, powietrze nawet już nie chciało wychodzić, a tam dalej coś siedziało! W myślach miałem bagno i smród, tak potwornie się bałem, że będę tak wymiotować całą noc i nawet po niej mnie to nie puści. Głupie, irracjonalne, ale w tamtej chwili nie wiedziałem, na czym oprzeć swoją pewność, wiarę, siłę i nadzieję. W myślach wyłem jak wilk do księżyca, byłem spanikowany i wiedziałem, że muszę przez to przejść sam, choć wielokrotnie chciałem podejść do szamanów, aby okryli mnie swoimi ramionami i dobrym słowem. Jednak oni wiedzieli, że to nie jest czas, żeby do mnie przyjść. Oni już to widzieli, oni już to przeżyli, oni mają to już za sobą – i właśnie tę siłę dawali, ona była wręcz oczywista, niezachwiana.


Pot, łzy, smarki – nie mogłem już oddychać. I nagle dziwna flegma – zaczęło coś ze mnie wychodzić nieśmiało, a strukturę miało przedziwną. Może przypominało to ścianki wnętrza żołądka, tkanki? Nie mam pojęcia, co to było ani jak się tam znalazło, ale myślę o tym jak o martwych komórkach, ot co. Oczywiście na polu fizycznym, bo emocjonalnie dawno nie czułem takiej ulgi. Jakbym cały ten strach i obawy, lęki, to wszystko, co nękało mnie jeszcze chwilę, wypuścił z siebie. Czułem, że to nie koniec, ale zrobiło mi się na tyle dobrze, że zdecydowałem się położyć.


Pierwsze okienko – druga dawka.

Ledwo udało mi się położyć, żołądek w strzępach, myśli w rozsypce – dalej mnie telepie. Słyszę zaproszenie na okienko i wtedy bez ogródek powiedziałem do siebie soczyście „Ni chuja!”. Wydaje mi się, że całe to okienko trwało zaledwie 2 minuty, a światła momentalnie zgasły. Wiem jednak, że paliły się dłużej, a ja po prostu odleciałem w swoich myślach; czas nie istniał.

Mimo tego, że wymioty ustały, mnie wcale lepiej nie było, a docelowa „jazda” dopiero się zacznie.


Wszystko to, co działo się do tej pory, miało zrobić miejsce na mnie i tę „rozmowę przy herbacie” wraz z babcią Ayą. Przyszła do mnie i zadawała mi pytania, dość monotonne, aczkolwiek bardziej w punkt się nie dało. Wyobraźcie sobie, że jesteście w pętli czasu, w której powtarzacie ten sam dzień, jednak nie wiecie o tym od samego początku. Właśnie to miało miejsce i spędziłem tam dobry miesiąc albo i dwa. Powtarzałem sekwencję scen i schematów, nie był to cały dzień, doba jako 24h. Ten jeden schemat zbudowany z kilku elementów miał moc i wagę właśnie całej doby. Tak jak mówiłem, postrzeganiu czasu jest pojęciem względnym.


– Miłoszu, i co teraz? – Jestem wkurwiony. – A co wtedy, jeśli jesteś wkurwiony? – To wkurwiam się jeszcze bardziej, nie lubię być wkurwiony. – A co wtedy, jeśli jesteś jeszcze bardziej wkurwiony? – No to wtedy nic, nie pasuje mi to. – A co, jeśli Ci coś nie pasuje? – To nie jest miłe. – A co, kiedy nie jest miłe? – To jestem wkurwiony. – I co wtedy? – To jestem wkurwiony i bezsilny! – I co wtedy, jeśli jesteś wkurwiony i bezsilny? – No to kurwa nie wiem! – A co, kiedy nie wiesz? – To bardzo nie lubię nie wiedzieć… – A jak nie wiesz? – To się wkurwiam, jest mi smutno, jest mi źle, jestem bezsilny, czuję bezsens, czuję się beznadziejny, nie przyznaję się do tego, nie mogę, nie lubię nie wiedzieć.


Czujecie to? I tak w kółko i jeszcze raz, i jeszcze raz. W myślach krzyczałem, wyzywałem, prowadziłem dialog z nią i sobą samym, kilkoma moimi osobowościami. Jeden stoi jak zbity, drugi wyzywa go od debili i śmieci, trzeci się śmieje, kolejny jest bezsilny, inny pociesza, a jakiś tam ja obserwuje to wszystko i widzi istne pandemonium. Niezliczona ilość scen i momentów, a zarazem tak bardzo policzalna. Nie wiedziałem, że tkwię w tej pułapce, mnie nie było, nie widziałem nic, nie wiedziałem, gdzie jestem. Spałem wtedy? Nie wiem. Byłem i nie było mnie jednocześnie.


– Miłoszu, co wtedy, kiedy nie wiesz? – To chcę się dowiedzieć… – Super! I co wtedy? – Szukam odpowiedzi. – A co, jeśli nie udaje Ci się jej znaleźć? – To znowu się wkurwiam. Szukam dalej. – A co, jeśli nie możesz jej znaleźć? – Wtedy jestem bezsilny. – A co, jeśli jesteś bezsilny? – To jestem wkurwiony!


Zważywszy na fakt, że wyżej wymienione i przeżywane emocje, stany są tymi, których w życiu unikam jak tylko mogę. Brzydzę się agresją, paraliżuje mnie złość, nie obcuję z tymi stanami, a doświadczanie ich, tak skrzętnie schowanych, zakamuflowanych w otchłani mojego serca i duszy, dzielenie się tym ze sobą na sobie, była prawdziwą katorgą. Odchodziłem już od zmysłów. Wtedy złapałem ostatni oddech świadomości, ocknąłem się. Otworzyłem nieznacznie prawe oko, ledwo, ledwo i zobaczyłem tam cud kobietę. Szamanka wachlowała mnie piórami, śpiewała mi icarosy, wołała mnie. Obok niej i za nią, wszędzie wokół były duchy szamanów, przodków, zwierząt, Ayahuasci, Palo Santo, białej szałwii i wiele, wiele innych. Oni wszyscy przyszli zarówno na mój pogrzeb, jak i narodziny.


I to był koniec, a zarazem początek. Właśnie w tamtej chwili, kiedy domknąłem bezwiednie powiekę – umarłem. Ot tak, po prostu.


Wróciłem na swoje podwórko, na którym toczyła się wojna i dostrzegłem światełko w tunelu! Zdałem sobie sprawę z tego, że cały czas powtarzamy to samo. Poszedłem głębiej i dialog przybrał (nie)wielki zwrot akcji.


– Trzeba szukać odpowiedzi! – Tak, a gdzie jej szukać? – Odpowiedź jest w sercu! – Jaka jest odpowiedź? – Nie wiem. – Czemu nie wiesz? – Bo nie wiem, gdzie jest serce… – I co teraz, Miłoszu? – Znowu jestem bezsilny… i wkurwiony. – I co teraz? – Nie wiem.


Miłosz, czyli chodząca miłość – tak o sobie mówię. Co za przekorny los, aby będąc chodzącą miłością i sercem, nie mieć go w sobie. Mój świat zawalił się kolejny raz.

Otworzyłem oczy, a świat dalej miał mieszaną formę. Stan, w jakim wtedy byłem, mogę porównać do stanu totalnej psychozy. Nigdy takiego nie miałem, ale właśnie tak to sobie wyobrażam. Tonący brzytwy się chwyta – takie hasło pojawiło się w mojej głowie, a wraz z nim magiczny papieros, którego miałem w plecaku. Przeczołgałem się do miejsca szamanów i próbowałem złapać jakikolwiek kontakt z nimi. Nie byłem w stanie mówić, słaniałem się na kolanach – nie chciałem niczego uszkodzić, bo krzywdę i sobie mogłem zrobić – więc poczekałem chwilę klęcząc przed nimi. Złapał mnie za rękę jej syn, ten, który robił mi również Kambo. Wydusiłem z siebie kilka słów – dwór, muszę, teraz, zapalić, iść, proszę. Przyszedł po mnie po dwóch minutach i zarzucając koc na plecy, ruszyliśmy ku wyjściu.


Na moje nieszczęście ta zdobycz i potrzeba była w nerce, która była w plecaku, zaś on w pokoju obok. Przypominam, że poruszać się w tej materii nie należało do najprostszych, a znalezienie małych elementów w ciemnych czeluściach plecaka tym bardziej. Poszedłem do pokoju, JEST! Dygotałem cały, dlatego sprawnych ruchem otworzyłem go i dosłownie wysypałem zawartość, wyrzuciłem ją. Złapałem nerkę, a w niej namierzałem połówkę. Śmiałem się do siebie, wyzywałem się, że jestem popierdolony, chory człowiek, ćpun jebany, kretyn, idiota, imbecyl, śmieć, popychadło, słabeusz, na łatwiznę idzie, blada morda, cienas, itd. Kiedy chwyciłem go w dłonie, cisnąłem go z maniakalnym śmiechem pogardy z powrotem do nerki, żeby znowu go szukać. Nie mogłem znaleźć sobie gorszego przeciwnika, niż siebie samego.


Wyszliśmy na dwór, który totalnie zawirował swoimi wibracjami i barwami! W powietrzu latały duszki, driady, powietrze było takie pyszne, takie kojące, a wszystko miało swoje magnetyczne wibracje, które mieniły się różnymi kolorami. Porozmawialiśmy chwilę i mimo tego, że nie dowiedziałem się czegoś, czego jeszcze bym nie wiedział, tak kontakt, jaki mi podarował, był mi naprawdę potrzebny. Żebym chociaż wiedział, że nie zwariowałem, choć i tak nikt mi tego nie mógł zagwarantować. Chyba potrzebowałem po prostu człowieka obok. Choćbyśmy mieli milczeć, zróbmy to razem. Byłem już sobą tak ogromnie zmęczony.


Poczułem, że Marysia odgoniła nieco Ayę, choć one obie się wspierają. Tak, akurat ze Słowianką można to połączyć, z Dżunglą już nie. Wróciłem na swoje miejsce i wciąż łapałem myśli. Cały czas mówiło mi coś, żebym odpoczął, żebym się zregenerował. Coś mi mówi, że mam czas, żeby się przygotować. Nie chciałem jednak dać za wygraną. Wiedziałem, że jeszcze nie znalazłem odpowiedzi i mogę jej poszukać, a przede mną drugie i ostatnie okienko – ostatnia szansa, żeby ją złapać! Niewiele pomogło mi to leżenie i ponowna walka z myślami.


Drugie okienko – trzecia dawka.

Zdecydowałem się ją wypić, nie dałem za wygraną, nie poddałem się. Usiadłem na materacu i zaprosiłem ją raz jeszcze. Porozmawiajmy, znajdę odpowiedź, jestem pewny. Pierwsze były wymioty – norma. Jednak tym razem bardzo „profilaktyczne”. Rach, ciach i po sprawie. Już uszło ze mnie to, co miało, a to było niczym lakierowanie. Położyłem się na materacu, ułożyłem wygodnie i odfrunąłem ponownie w podróż.


Ta podróż była bardzo przyjemna i zaskakująca. Ja po prostu zasnąłem. Nie musiałem szukać odpowiedzi, ona przyszła sama wraz z sercem. Serca też nie musiałem szukać, po prostu przyszło. Momentalnie odpłynąłem, jednak myślami byłem obecny. Duchem obserwowałem to, co się dzieje i czułem siebie na nowo. Trwało to chwilę, po czym czuję szturchnięcie, widzę światła, a nade mną uśmiechnięta szamanka, która obwieszcza koniec ceremonii. Spałem?! Tak, nawet chrapałem, haha.


To już koniec tych przeżyć i uczuć, a także początek wszystkiego, co nadejdzie wraz z tymi doświadczeniami. Wracając z kuchni ze szklanką wody, widziałem jeszcze to zmaltretowane ciało na materacu, tę skorupę, powłokę, która jest pusta. Wyczyściłem leżankę, poprawiłem poduchy, skórę zrzuciłem do jądra ziemi i położyłem się na należyty odpoczynek, haha.

Dżungla chciała mnie uzbroić w cierpliwość swoją pierwszą „nieudaną” dawką, abym tutaj nie zwariował. Druga dawka dała tripa po świecie, aby moja świadomość się nieco odkopała. Trzecia zaś pokazała, że prawdziwą miłość mam nosić w sobie, ze swojego szczerego serca. Bo wszystko to, co otrzymuję od innych, od mojego partnera, nie jest pierwotnie moje i tym nie należy żyć. To jest bardzo dobitna lekcja miłości, zaufania i szacunku do samego siebie.


Myślę, że przepracowałem lekcję, a prace domowe, zadane mi przez Ayahuascę, odrabiam zgodnie z założeniami. Kilka dni po ceremonii otworzyłem swój biznes, zacząłem tworzyć biżuterię, a także rytuały oczyszczania, które połączone są z masażem. Z każdym dniem rodzi się we mnie nowy człowiek, którego z miłością pielęgnuję i daję tym, którzy do niego przychodzą. Wszystkie lekcje, jakie wyciągnąłem z tej przygody nie są wyłącznie moje, ale także Wasze. Z przyjemnością dzielę się z Wami swoimi talentami i wiedzą.


Czy zdecydowałbym się na to, gdybym wiedział, że tak będzie? Ciężko jednoznacznie stwierdzić, jednak właśnie wróciłem z drugiego takiego rytuału i przynoszę jeszcze więcej ciekawostek o wszechświecie, w jakim żyjemy!

0 wyświetlenia

milodzielo@gmail.com / +48 728 484 012 / Warszawa, Stara Miłosna