top of page
Szukaj

O odpoczynku, który niczego nie produkuje

Jest taki rodzaj odpoczynku, który przychodzi naturalnie: spacer, ruch, zmiana otoczenia, cisza.

I jest też inny — trudniejszy. Taki, w którym nie robimy absolutnie nic.


Lubię robić. To, co robię, sprawia mi przyjemność.

Bardzo często z tego, co lubię, robię sobie pracę — i na tym zarabiam.

Trochę jak wewnętrzny Midas: dotykam czegoś z pasją i zamieniam to w działanie.


I właśnie dlatego odpoczynek bywa dla mnie śliski.


Bo kiedy przychodzi moment, w którym ciało mówi „dość”, nie zawsze potrafię od razu wejść w spokój.

Jest etap przejściowy — leżenie, szarpanie się w środku, wewnętrzne napięcie.

To moment, w którym jeszcze nie odpoczywam, ale już nie mam siły działać.


Ten moment jest najtrudniejszy.


Zdarza się, że wtedy po prostu leżę. Scrolluję social media. Robię „nic”.

I co ciekawe — to sprawia mi przyjemność.

Tylko że nie zawsze daję sobie na to przyzwolenie.


Bo gdzieś z tyłu głowy pojawia się wiedza:

o mózgu, o układzie nerwowym, o nadmiarze bodźców.

O tym, że „to nie jest najlepszy sposób”.


A jednak… czasem jest dokładnie tym, czego potrzebuję.


Odpoczynek nieproduktywny wymaga dojrzałości.

Nie tej, która polega na kontroli, tylko tej, która wie, kiedy powiedzieć sobie „wystarczy”.


Dla mnie kluczem jest konfrontacja.


Pełna, uczciwa, bez poprawiania siebie.


Czujesz się niewygodnie? — czuj się niewygodnie.

Masz ochotę przewracać się po podłodze? — zrób to.

Chcesz chodzić bez celu po mieszkaniu? — chodź.

Chcesz tylko podnieść i opuścić pomarańczę? — podnoś i opuszczaj.

Nie chcesz czegoś robić? — nie rób.


Nie poprawiaj stanu.

Nie optymalizuj odpoczynku.

Nie rób z niego zadania.


Bądź.

Po prostu bądź.


Ten moment, w którym przestajesz szarpać się z leżeniem, a zaczynasz z niego czerpać — przychodzi sam.

Nie da się go przyspieszyć.

Można mu tylko nie przeszkadzać.


I to też jest w porządku.


Ciało wie, kiedy przestać.

My tylko musimy mu nie przeszkadzać.

 
 
 

Komentarze


bottom of page